Tej wiosny minęło 20 lat (1/3 życia, które w znacznej mierze upłynęło mi na rowerowym siodełku), odkąd zaczęłam jeździć na dwóch kółkach z Targówka, gdzie mieszkam, na Rynek Starego Miasta, gdzie pracuję. To zupełnie zmienia jakość życia! Mając w perspektywie rozpoczęcie dnia choćby 25-minutową (jak w moim przypadku) wycieczką rowerową, wstaje się rano w doskonałym nastroju.

Jadąc chodnikiem wzdłuż Św. Wincentego, między Oszmiańską a rondem Żaba przemykam między podążającymi niespiesznie na drugą lekcję uczniami LO im. płk. Leopolda Lisa-Kuli, nurkuję pod stary wiadukt kolejowy i u zbiegu 11 Listopada i Szwedzkiej kieruję się w stronę Wisły.

Raz w tygodniu zatrzymuję się na półgodzinne pływanie w basenie przy Namysłowskiej, w pozostałe dni natomiast, zanim wsiądę na rower, biegnę na jogging z moim wiernym czworonożnym towarzyszem, więc w sumie to już prawie triathlon.

Następnie ścieżką rowerową docieram do ronda Starzyńskiego i wkrótce wjeżdżam na niższy poziom Mostu Gdańskiego, którym kursują również tramwaje i skąd rozpościera się widok na Stare Miasto i nasz skromny „Manhattan”. Most Gdański jest chyba najbardziej przyjaznym dla rowerzystów warszawskim mostem, bo nie są tam narażeni na samochodowe hałasy i spaliny.

Potem czeka mnie „plenerowy” odcinek trasy: park Traugutta. Trawersuję trawnik nad ulicą Wenedów, dojeżdżam do Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych i chodnikami, omijając niewygodne uliczne bruki, zmierzam Zakroczymską i Freta do Barbakanu.

Czasem, dla odmiany, za Wytwórnią skręcam w lewo w Wójtowską i w prawo w Przyrynek, żeby rzucić okiem na kościół Najświętszej Marii Panny w otoczeniu starych drzew. Mijam Sakramentki na nowomiejskim rynku i zapuszczam się w kręty przesmyk między kamieniczkami. Odwiedzam tam zaprzyjaźnione, rozłożyste kasztanowce (wiosną pilnie zważając, czy z pąków wystrzeliły już pierwsze listki), zerkam na przysłonięty drzewami klasztor dominikanów i wyjeżdżam na Freta przy kościele Św. Jacka.

Za Barbakanem skręcam w lewo wzdłuż murów (piękna staromiejska panorama!), w prawo w Krzywe Koło i po chwili jestem na Rynku. Mocuję się z ciężkimi wrotami do Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, przeciskam wąskim korytarzykiem na wewnętrzne podwórko, gdzie bezpiecznie zostawiam rower, i choć bardzo lubię moją pracę, niecierpliwie czekam, kiedy będę mogła odbyć tę samą drogę w przeciwnym kierunku...