Przez media właśnie przetacza się kolejna fala artykułów na temat buspasa na Łazienkowskiej. Kierowcy tradycyjnie płaczą, że zabrało im się zabawkę, tłumacząc się korkami (które były na tej trasie, od kiedy pamiętam). Urzędnicy tradycyjnie udowadniają, że absolutnie nic nie da się zrobić z autami nielegalnie jadącymi pasem. Gazety podają kolejne "genialne" sposoby na uniknięcie kary. Zjazdy z prawej, kierunkowskaz włączony, to, tamto. A jak radzą sobie z takimi problemami na tzw. Zachodzie? Popatrzmy.

Po pierwsze, tam nikt się nie boi stosować fizycznej separacji pasów. Jeżeli wjedziesz na buspas (a wjedziesz tylko w kilku miejscach) - musisz nim jechać do końca. Nie ma więc zabaw w zjeżdżanie z pasa na widok radiowozu, a wjeżdżanie zaraz za plecami funkcjonariusza. Patrol lub fotorejestrator może stać w dowolnym miejscu pasa, tam gdzie im wygodnie. Kierowca pojawiający się na pasie i tak musi przejechać przez całą jego długość (w tym obok patrolu czy rejestratora).

Przy czym separacja nie musi wcale mieć formy krawężnika (gumowego lub betonowego). Może to być wręcz oddzielna jezdnia dla autobusów.

Nikt nie bawi się tu w kończenie pasa 100m przed skrzyżowaniami, czy zaczynanie 100m za skrzyżowaniem. Kierowca auta osobowego przejeżdża przez pas autobusowy WYŁĄCZNIE w poprzek. Nie ma pierwszeństwa nad autobusami na pasie. Nie ma prawa na nim stać (nawet w poprzek), nie ma prawa po nim jechać. To zakańcza dyskusję na temat "nie zdążyłem zjechać, bo nie chcieli mnie wpuścić" i "to tylko kawałek za miejscem, gdzie jeszcze można". A buspas nie jest blokowany przez auta usiłujące zeń zjechać.

Tutejsza inżynieria ruchu i separacji buspasów wydaje się nie być też skrępowana pojęciem minimalnej skrajni.

Zacznijmy jednak od tego, że w takiej np Holandii w ogóle nie ma problemu pod tytułem "wjechał autem gdzieś, gdzie nie powinien". I bynajmniej nie dlatego, że tutejsi kierowcy są jacyś wyjątkowo praworządni. Praworządnych kierowców nie ma. Nie było. I pewnie nigdy nie będzie. Holendrzy więc wymyślili inny sposób - wjechanie autem osobowym np przez taką śluzę dla autobusów jest niemożliwe fizycznie i kończy się zniszczeniem auta.

Oczywiście autobus przejeżdża przez śluzę bez problemu.

Miasto Zutphen po postawieniu śluzy zostało pozwane przez 60-ciu kierowców, którzy zniszczyli swój pojazd usiłując "obejść" to rozwiązanie. Miasto wszystkie sprawy sądowe wygrało. Po prostu zanim kierowca rozbije auto o słupek - musi najpierw minąć znak zakazu wjazdu. A jego mijać nie wolno ani w Holandii, ani w Polsce. To co nas naprawdę zaskoczyło, to konsekwencja władz - słupek pozostał pomimo tylu spraw sądowych. Dziś kierowcy się już przyzwyczaili, wypadki są już przeszłością, a słupek służy dalej. Tymczasem w Warszawie wystarczy kilku hałaśliwych krzykaczy za kółkiem, by już rozważać czasowość buspasa na Łazienkowskiej i inne "miękkie" rozwiązania.

Innym skutecznym (wandaloodpornym i nie wymagającym energii elektrycznej) rozwiązaniem, przez które przejazd autem osobowym jest fizycznie niemożliwy, jest tzw. wilczy dół. W jego budowie wykorzystano fakt, że samochody osobowe są z reguły węższe niż autobusy.

Autobusy przejeżdżają więc "okrakiem" nad wilczym dołem. Zazwyczaj nawet bez zwalniania. Auta osobowe zaś (jeśli w ogóle próbują) - przejeżdżają PRZEZ dół, po czym nadają się raczej na złom. Ponadto rozwiązania te są odporne na przynależności partyjne, immunitety, "dyplomatyczne" numery rejestracyjne i wszelkie inne kolesiostwo. A także na "sposoby" takie jak objeżdżanie przeszkody chodnikiem, trawnikiem, czy w inny sposób - po prostu postawiono tam słupki.

Oczywiście można bredzić o niebezpieczeństwie dla niewinnych kierowców wpadających w pułapkę. Tylko, czy ktoś usiłujący olać dwa znaki zakazu i dość jednoznaczną (nawet dla nie znającego języka) informację pod nimi na pewno jest niewinny?

Czy zatem na pewno nie da się skutecznie zabezpieczyć pasów dla autobusów? Da się. Tylko po prostu nikt nie chce tego zrobić porządnie. Pozostaje tylko pytanie: Dlaczego? Na nie nie da się jednak odpowiedzieć zdjęciami.