Burmistrz Ursynowa, radni dzielnicy, prezesi spółdzielni mieszkaniowych – wszyscy powtarzają, że na Północnym Ursynowie brakuje miejsc parkingowych. Ale ta diagnoza jest błędna. Problemem nie jest brak miejsc, ale przekonanie, że należą się one każdemu chętnemu, bez ograniczeń, pod samym wejściem do bloku, no i oczywiście za darmo.

Jak jest, każdy widzi. Samochodów parkujących na naszych podwórkach, osiedlowych ciągach pieszo-jezdnych, ulicach i chodnikach jest coraz więcej i wszyscy odczuwamy tego negatywne konsekwencje. Zablokowane przejazdy dla straży pożarnej, pozastawiane chodniki, pojazdy ograniczające widoczność przy przejściach dla pieszych.

Plac przed Domem Sztuki – to miejsce nie musi tak wyglądać.

Czy obchodzi nas bezpieczeństwo naszych dzieci?

Szczególnie bulwersujący jest ten ostatni problem. Niedawno głośno było o rodzicach protestujących w sprawie niebezpiecznego przejścia dla pieszych na ul. Dereniowej, gdzie został potrącony jeden z uczniów pobliskiej szkoły podstawowej. Rodzice domagają się ustawienia sygnalizacji świetlnej w tym miejscu, a burmistrz Ursynowa i władze miasta przerzucają się odpowiedzialnością i kosztami takiej inwestycji. W atmosferze konfliktu i dużych emocji wszystkim, zdaje się, umknęło, że jedną z głównych przyczyn problemu są samochody zaparkowane przed tym przejściem dla pieszych, które skutecznie ograniczają widoczność. Kierowcy mogą nie zauważyć zbliżającego się do zebry pieszego. Tym bardziej jeśli jest on dzieckiem i nie widać go zza zaparkowanych pojazdów. Na dodatek nie są to samochody parkujące „na dziko”, ale zupełnie legalne miejsca postojowe zorganizowane przez władze dzielnicy i zaakceptowane przez stołecznego inżyniera ruchu.

Parkujące samochody ograniczające widoczność na przejściu dla pieszych (ul. Herbsta).

Dereniowa nie jest odosobnionym przypadkiem. Takich miejsc na Ursynowie (w szczególności na Ursynowie Północnym) jest wiele; każde z nich tylko czeka, aż zostanie na nich potrącony przez samochód pieszy. Niestety „święte prawo do darmowego miejsca parkingowego” zwycięża z ludzkim życiem i zdrowiem. Ciągle słyszę, że na Północnym Ursynowie brakuje miejsc parkingowych, a prawie nigdy, że problemem jest brak bezpieczeństwa na przejściach dla pieszych.

Parkujące samochody ograniczające widoczność na przejściu dla pieszych (ul. Bartoka).

Park czy parking?

Są też inne skutki zbyt dużej liczby chętnych na miejsca parkingowe, nieco mniej oczywiste. Jednym z nich jest degradacja publicznej przestrzeni i anektowanie przez samochody kolejnych miejsc, które pełniły lub mogłyby pełnić zupełnie inną funkcję. Parkingi powoli, acz konsekwentnie wchłaniają tereny zielone, place zabaw, boiska.

Np. na tzw. łące Olkówki: Od kilku lat czekamy, aż powstanie piękny park łączący w jeden zielony ciąg tereny znajdujące się pomiędzy Parkiem Jana Pawła II a Potokiem Służewieckim. Ale na razie zamiast parku mamy tu wielki parking umieszczony centralnie na środku tego obszaru i trawniki porozjeżdżane przez parkujące samochody.

Trawnik, który „dzięki” parkującym samochodom zamienił się w błoto (Olkówek).

Błotniste kałuże to skutek parkowania w tym miejscu samochodów.

Kolejny przykład to plac przy Pasażu Ursynowskim, obok stacji metra Ursynów. Miejsce to mogłoby być swego rodzaju niewielkim rynkiem, przestrzenią przyjazną dla mieszkańców (pomijam kwestię stanu i wyglądu otaczających go budynków). Ale czymś takim być na pewno nie będzie dopóty, dopóki będzie cały pozastawiany samochodami.

Plac przy ul. Pasaż Ursynowski. Czy to miejsce nie mogłoby wyglądać inaczej?

Jakiś czas temu wyremontowano uliczkę znajdującą się pomiędzy LXX Liceum Ogólnokształcącym im. Aleksandra Kamińskiego a Szkołą Podstawowa nr 322. Cieszę się, że odnowiono to miejsce. Szkoda tylko, że coś, co mogłoby być bardzo przyjemną alejką w podwójnym szpalerem drzew przekształciło się w zwyczajny parking. Przykłady można mnożyć.

Jakby tego było mało, co chwilę natykam się na interpelacje radnych, którzy przedstawiają cudowne pomysły na zwiększenie liczby miejsc parkingowych. W końcu tu i ówdzie zostały jeszcze fragmenty niezastawionych trawników, które przecież można wykorzystać na parking. Nie brakuje też wniosków o odrywanie fragmentów boisk szkolnych na potrzeby parkujących pojazdów.

Uciekający piesi

Więcej miejsc parkingowych wewnątrz enklaw to również większy ruch na uliczkach osiedlowych. Przemieszczam się tymi uliczkami każdego dnia i każdego dnia obserwuję jak piesi (w tym rodzice w wózkami) umykają spod kół samochodom. Bo miejsca jest tam przeważnie tyle, że zmieści się zaparkowany samochód i samochód, który właśnie przejeżdża. Pieszy mieści się z trudem albo w ogóle. To uciekanie mieszkańców spod kół samochodów nikogo już nawet nie dziwi: ani kierowców, którzy rozjeżdżają pieszych, ani pieszych rozjeżdżanych przez kierowców. Wszyscy zapomnieliśmy, że to piesi mają tutaj bezwzględne pierwszeństwo.

Wróćmy do sprawy zasadniczej. Czy na Północnym Ursynowie jest za mało miejsc parkingowych? Moim zdaniem to jest błędna diagnoza problemu. Problemem nie jest brak miejsc, ale przekonanie, że należą się one każdemu chętnemu, bez ograniczeń, pod samym wejściem do bloku, no i oczywiście za darmo. To jest dogmat uznawany przez zarząd dzielnicy, prezesów spółdzielni mieszkaniowych i dużą część radnych. Na ołtarzu stawiana jest nasza wygoda, bezpieczeństwo naszych dzieci, atrakcyjność i użytecznych osiedli, na których mieszkamy.

Na chodniku z trudem przeciśnie się jedna osoba (ul. Bartoka).

Hierarchia wartości

Co zatem należy zrobić? Po pierwsze zmieńmy optykę patrzenia na problem. Musimy zrozumieć, że są sprawy ważne i ważniejsze. Zapewnienie bezpłatnego miejsca parkingowego pod blokiem jest zapewne sprawą ważną, ale bezpieczeństwo naszych dzieci idących do szkoły, komfort i bezpieczeństwo w przemieszczaniu się pieszo po osiedlowych uliczkach, jakość przestrzeni, w której mieszkamy – są znacznie ważniejsze.

W chwili obecnej obowiązuje zasada podporządkowania wszystkiego potrzebom parkingowym. Na każdym wolnym skrawku przestrzeni tworzy się miejsca parkingowe lub milcząco akceptuje samochody stojące tam, gdzie stać nie powinny. Zmieńmy ten paradygmat. Zastanówmy się raczej ile miejsc parkingowych jesteśmy w stanie zorganizować, by nie ucierpiały na tym inne potrzeby, które uznajemy za ważne. Wprowadźmy zrównoważoną politykę, w której bierzemy pod uwagę nie tylko potrzebę parkowania pojazdów, ale wszystkie inne potrzeby które są z nią w konflikcie.

Al. KEN – reprezentacyjna ul. Ursynowa. Jaka część ulicy przeznaczona została na potrzeby transportu samochodowego, a jaka na potrzeby pieszych i rowerzystów? Ile miejsca zostawiono na zieleń?

Ustalmy gdzie i ile mamy przestrzeni, którą jesteśmy gotowi przeznaczyć na parkowanie, tak aby dojazd dla straży pożarnej był drożny, pieszy mógł bezpiecznie przejść przez ulicę, a rodzic z wózkiem nie musiał idąc po chodniku przeciskać się między samochodami. Wyznaczmy w przejrzysty sposób gdzie są miejsca, na których można parkować, a wszystkie inne potraktujmy jako miejsca nielegalne i bez zwłoki wyciągajmy konsekwencje wobec wszystkich, którzy będą je zastawiać. I powiedzmy to sobie uczciwie: Miejsc parkingowych nie wystarczy dla wszystkich chętnych. A ci, którzy będą parkować na osiedlu, niekoniecznie będą mogli zostawiać samochód pod samym wejściem do swojej klatki.

To zdjęcie nie potrzebuje komentarza.

Przyjrzyjmy się kosztom

Po drugie: przestańmy uważać, że spółdzielnia, dzielnica czy miasto mają jakikolwiek obowiązek zapewnienia każdemu chętnemu bezpłatnego miejsca do parkowania samochodu. To nie jest żadne konstytucyjnie usankcjonowane prawo obywatelskie. Nie potrafię pojąć skąd bierze się przekonanie, że w dzielnicy, w której metr mieszkania może kosztować nawet 10 tys. zł , a deweloperzy ostrzą sobie zęby na każdą wolną piędź ziemi, ktoś może domagać się bezpłatnego miejsca parkingowego przed blokiem. Nie bójmy się tego powiedzieć: jeśli okaże się, że jest taka konieczność (a wszystko wskazuje na to, że jest), zacznijmy pobierać opłaty za parkowanie samochodów na terenach osiedli. Ja wiem, że niejednemu krew się zagotuje, gdy usłyszy, że ktoś chce nakładać na niego kolejne daniny. To dlatego, że przez wiele lat zdążyliśmy się przyzwyczaić, że dobro, które jest cenne i deficytowe (przestrzeń na osiedlach) jest rozdawane zupełnie za darmo.

Samochody parkujące nielegalnie na chodniku (ul. Surowieckiego).

Wprowadzenie opłat za parkowanie na osiedlach przyniosłoby kilka zasadniczych korzyści. Trzymanie samochodu na osiedlowych uliczkach i podwórkach powoduje określone konsekwencje dla całej społeczności, o których pisałem wcześniej. Możemy śmiało powiedzieć, że są to pewne koszty. Generuje je część mieszkańców, ale ponoszą je wszyscy. Uważam, ze obecny stan rzeczy, w którym konsekwencje parkingowego chaosu w równym stopniu ponoszą ci, którzy zastawiają swoimi samochodami chodniki, jak też ci, którzy nie mają samochodu lub trzymają go w podziemnym garażu kupionym za kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy złotych jest niesprawiedliwy. Wprowadzenie opłat za parkowanie byłoby krokiem w kierunku przeniesienia kosztów na tych, którzy je faktycznie powodują.

Przy okazji warto wspomnieć o praktyce trzymania przez właścicieli i pracowników prywatnych firm samochodów dostawczych i transportowych na terenie osiedli. Nie widzę powodów, dla których ogół mieszkańców spółdzielni ma brać na siebie koszty prowadzenia czyjegoś prywatnego biznesu (parkowanie jest jednym z takich kosztów).

Piesi wyparci przez parkujące samochody (ul. Surowieckiego).

Płatne parkowanie to także możliwość skutecznego zarządzania popytem na miejsca parkingowe. W sytuacji gdy mieszkańcy będą mieli świadomość, że posiadanie samochodu wiąże się z poniesieniem kosztów zajmowanego przez niego przestrzeni, być może przemyślą czy są gotowi na to, by trzymać swoje auto na osiedlu. W efekcie chętnych do parkowania może być mniej i okaże się, że miejsc wcale nie brakuje. Skorzystają więc na tym również sami kierowcy. Za parkowanie trzeba będzie płacić, ale w zamian nie będzie trzeba tracić czasu na szukanie wolnego miejsca.

Wreszcie, dodatkowe pieniądze to możliwość zrekompensowania kosztów i niedogodności generowanych przez parkujące samochody. Można je wydać na remonty miejsc parkingowych, ciągów pieszo-jezdnych, ale też na wszystkie inwestycje służące podniesieniu jakości życia mieszkańców, jak zieleń, chodniki, place zabaw i inne. Można też podejść do sprawy jeszcze bardziej długofalowo i pozyskiwane środki gromadzić w celu budowy wielopoziomowych parkingów i ostateczne parkingowe ucywilizowanie Ursynowa Północnego.

Od płacenia nie ma odwrotu

Jeżeli kogoś nie przekonują moje argumenty na rzecz limitowania miejsc parkingowych i pobierania za nie opłat, powinien zastanowić się jakie mamy inne wyjścia. Wydaje mi się, że są tylko dwa: jedno to tolerowanie „wolnej amerykanki” z jaką mamy do czynienia obecnie i świadomość, że problem będzie się pogłębiał. Drugi wariant to budowa wielopoziomowych parkingów. Ale nie łudźmy się: z powodu wysokich kosztów oraz ograniczeń prawnych, które utrudniają ich budowę, na takie parkingi będziemy czekać jeszcze bardzo długo. Poza tym koszty budowy i utrzymania takich parkingów i tak będą musieli pokryć ci, którzy z nich będą korzystać. Od płacenia nie ma odwrotu.

Parkowanie przy kościele Wniebowstąpienia Pańskiego (al. KEN).

Leczenie bez diagnozy

Po trzecie: potraktujmy wreszcie problem poważnie - zmierzmy go i policzmy. Mając dobrą i dokładną diagnozę, będziemy mogli skutecznie leczyć chorobę. Jakiś czas temu zwróciłem się do zarządu mojej spółdzielni (SBM Jary) z zapytaniem o to, czy ma wiedzę dotyczącą liczby samochodów parkujących na jej terenie i czy w jakikolwiek sposób monitoruje popyt na miejsca parkingowe. Okazało się, że spółdzielnia nie ma na ten temat zielonego pojęcia. W jaki sposób władze spółdzielni chcą uporać się z problemem, skoro nie potrafią nawet określić jego skali? Przeliczenie raz na jakiś czas kilku tysięcy samochodów parkujących na terenie osiedla i na przyległych uliczkach naprawdę nie jest wielkim wyzwaniem dla instytucji, która zatrudnia na stałe kilkudziesięciu pracowników.

Gdyby spółdzielnia zaczęła liczyć, to dowiedziałaby się również, że na niektórych płatnych dwupoziomowych parkingach przez nią zarządzanych (np. garaż Surowieckiego Płd) każdego wieczora duża liczba miejsc stoi pustych. Miejsca są wykupione lub wynajęte, a jednak wolne miejsca na parkingu są faktem. Zapewne niektórzy mieszkańcy wolą zaparkować pod klatką niż odstawiać auto do garażu. Monitoring sytuacji parkingowej pozwoliłby tejże spółdzielni zauważyć również, że w niektórych miejscach jest sporo wolnych miejsc do parkowania (np. obok wyżej wymienionego parkingu, od strony ul. Surowieckiego). Przyczyna jest ta sama – duża część z nas koniecznie chce zaparkować pod samym blokiem.

Plac przed Domem Sztuki – parking z oczkiem wodnym.

Naszym celem powinno być zachęcenie kierowców, by wypełnili już istniejące wolne miejsca parkingowe. Wprowadzenie limitu miejsc na osiedlu i opłat za parkowanie „pod chmurką” mogłoby być dobrym narzędziem do realizacji tego celu.

Brzydka przestrzeń staje się jeszcze brzydsza

Po czwarte: zainwestujmy w przestrzeń publiczną, byśmy zobaczyli ile dzięki temu możemy zyskać. Mam wrażenie, że z taką łatwością godzimy się na degradację wspólnych miejsc przez parkujące samochody, bo i bez tego są one często marnej jakości. Nie jest nam żal pożegnać się z kawałkiem łysego trawnika lub niezagospodarowanego placu na potrzeby parkingowe, bo niewiele z niego mamy korzyści. Inaczej niż wtedy, gdy trzeba usunąć plac zabaw, wyciąć drzewa czy zlikwidować kawiarniane ogródki.

Park, parking czy wielkie błoto? – wybór należy do nas (Olkówek).

Zainwestujmy zatem w przestrzeń na naszych osiedlach. Sprawmy aby była funkcjonalna, przyjazna, atrakcyjna, ciekawa. Postawmy nowe place zabaw i siłownie plenerowe. Stwórzmy mini-parki, w których będziemy mieli ochotę przysiąść na wygodnej ławeczce. Zorganizujmy kawiarniane ogródki, wprowadźmy sztukę między bloki. I co tam jeszcze sobie wymyślimy, co sprawi, że życie na naszych osiedlach było lepsze. Wtedy poczujemy jaka jest wartość naszej wspólnej przestrzeni i uświadomimy sobie, że nie zawsze warto za wszelką cenę tworzyć nowe miejsca parkingowe. Skąd wziąć na to wszystko pieniądze już wiemy – z opłat za parkowanie.

Wspólnie dla dobra sprawy

Po piąte: działajmy razem. Jeżeli naprawdę chcemy rozwiązać problem, to wymaga on współpracy urzędu dzielnicy, miasta, spółdzielni mieszkaniowych, straży miejskiej i mieszkańców.

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób moje propozycje mogą być zbyt daleko idące. Nie liczę na to, że każdy się ze mną zgodzi. Chciałbym jednak, żeby nasza ursynowska debata na temat parkowania weszła na inny tor. Byśmy zaczęli dostrzegać, że nie samym parkowaniem człowiek żyje i jako mieszkańcy mamy różne potrzeby, które nie mogą być bezrefleksyjnie wyparte przez parkujące samochody. Chciałbym, abyśmy wspólnie odpowiedzieli sobie na pytanie czy chcemy mieszkać w atrakcyjnej, bezpiecznej, zielonej dzielnicy czy w blokowiskach w całości otoczonych parkującymi pojazdami.

Zapraszam do debaty: polemik, komentarzy i innych pomysłów na rozwiązanie problemu.