Zakończyło się zgłaszanie projektów do szóstej już edycji budżetu partycypacyjnego na 2020 rok. Mogę więc podzielić się swoimi niezbyt optymistycznymi doświadczeniami bez obaw, że odwiodą one potencjalnego wnioskodawcę od udziału w tym konkursie pomysłów, co nie jest celem tego artykułu.

W BP włączyłem się aktywnie dopiero w 2016 roku (edycja na 2017), gdyż rok wcześniej przynależność do bielańskiego zespołu ds. BP kolidowałaby z równoczesnym udziałem w roli autora. Wszystkie trzy moje projekty wypadły świetnie sytuując się w czołówce wśród wielu podobnych pomysłów na bardziej zielone miasto przyjazne niezmotoryzowanym. Objadając się tortem na ogłoszeniu wyników sądziłem, że ta zabawa ma sens i trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość półtorarocznego (a może nieco krótszego?) oczekiwania na realizację. Niestety, byłem w błędzie.

Znamienne rozwiązanie zamienne

Zacznę od tego, który jako najprostszy pozwalał oczekiwać najszybszej realizacji. Projekt Wygodniej rowerem między Marymoncką i Twardowską zajął trzecie miejsce wśród ogólnodzielnicowych z 2083 głosami.

Potrzeba powiązania ścieżki rowerowej wzdłuż ul. Marymonckiej z ul. Twardowską na zasadzie tzw. czwartego ramienia skrzyżowania [zobacz >>>] nie powinna dziś budzić niczyich wątpliwości. Rowery poruszają się nie tylko po wydzielonych, dedykowanych ciągach, a skoro tak, to te ostatnie trzeba niekiedy skomunikować z poprzecznymi ulicami. Na zdjęciu wzorcowe rozwiązanie z osiedla Południe w Radomiu.

Rozumiał to projektant drogi rowerowej na ul. Marymonckiej przewidując taki łącznik już 10 lat temu (fragment projektu obok). Niestety, nie rozumiał tego wówczas miejski inżynier ruchu i sprzeciwił się takiej ,,fanaberii”, gdyż w jego ocenie łącznik jest rozwiązaniem niebezpiecznym [zobacz >>>]. Bezpieczniejsze będzie przejeżdżanie rowerami po pasach? Inżynier Janusz Galas nie dopatrzył się za to niebezpieczeństw zatwierdzając między osiedlami tor wyścigowy zwany aleją Reymonta, na której zginęły już dwie osoby [zobacz >>>].

Zgłaszając ten oszczędny projekt liczyłem, że miejskie instytucje skorzystają z okazji do naprawienia własnego błędu i podreperowania statystyk BP non stop psutych opóźnieniami większych przedsięwzięć. Tymczasem projekt obniżenia 4 metrów krawężnika i umieszczenia kilku znaków ma już... 18 miesięcy spóźnienia. A przy tym nikt nie uznał za stosowne, by cokolwiek zakomunikować na ten temat autorowi czy paru tysiącom zainteresowanych użytkowników.

Dopiero 14 miesięcy po terminie na stronie BP pojawił się następujący komunikat ZDM Przygotowano dokumentację projektową we własnym zakresie, która została odrzucona przez organ zarządzający ruchem (Biuro Polityki Mobilności i Transportu Urzędu m.st. Warszawy). Przygotowane będzie rozwiązanie zamienne. (podkreślenie red.)

Szkoda, że BPMiT zamiast wyciągnąć wnioski z minionych lat i iść z duchem czasu kontynuuje tradycję ugruntowaną przez inż. Janusza Galasa – odrzucania najprostszych rozwiązań, by udogodnienia były maksymalnie skomplikowane, powstawały dłużej i kosztowały drożej, a pozbawieni ich rowerzyści jeszcze tłumniej przetaczali się po chodnikach i zebrach. Biuro zmieniło wprawdzie nazwę na brzmiącą bardziej postępowo, ale w jego polityce nadal widać znak równości między mobilnością i motoryzacją.

Można z Twardowskiej skręcić na rowerze w prawo i dojechać na zasadach ogólnych do al. Zjednoczenia. Nic też nie broni rowerzyście skrętu za wyspą dzielącą w lewo i kontynuacji jazdy razem z samochodami, skoro na ddr nie ma wjazdu. Co więcej, takie właśnie zachowanie narzuca znak nakazu.

Jakie zastrzeżenia można mieć do umożliwienia jazdy rowerem na wprost, co jest i bezpieczniejsze i przewidywalne dla kierowców? Jakież można tu wymyślić rozwiązanie zamienne, skoro prościej już się nie da? Tunel? Wiadukt? A może likwidację ddr wzdłuż Marymonckiej? Czy może, jak w podobnym przypadku ul. Sobockiej [zobacz >>>] [zobacz >>>] rozwiązanie zamienne okaże się rozwiązaniem pierwotnym uszlachetnionym dziewięcioletnim leżakowaniem w urzędniczej szafie?

Zachęcanie zniechęcaniem

Tendencja spadkowa liczby zgłaszanych projektów do budżetu obecnie obywatelskiego utrzymuje się. I chyba nikogo to już nie zaskakuje, skoro ratusz dba o to bezustannie. Z jednej strony narzuca ograniczenie wykonalności zadania w ciągu jednego roku, z drugiej odwleka już nie o miesiące, lecz o lata [zobacz >>>] nawet najprostsze z nich – opisane wyżej. Jaki zatem sens ma to fikcyjne ograniczenie?

Uznaniowość weryfikacji skutecznie odstręcza od angażowania się w BP [zobacz >>>] [zobacz >>>]. Nieprzewidywalność efektów – zarówno pod względem terminu, jak i ostatecznego kształtu – dopełnia dzieła zniechęcenia. O żadnych ,,rozwiązaniach zamiennych” nie powinno być mowy, a nadużywa się ich bez umiaru jak w przypadku pasów rowerowych na ulicach Żeromskiego czy Stryjeńskich [zobacz >>>] (powinny być dostępne od 2,5 roku). Budżet obywatelski jest umową publiczną i zobowiązaniem rządzących do wykonania tego, co wcześniej zweryfikowali, i w określonym czasie. Niestety, w Warszawie silniejsza strona umowy nadużywa swej pozycji i notorycznie lekceważy słabszą stronę społeczną.

Nie widać ze strony ratusza świadomości tego problemu ani woli i pomysłu na jego rozwiązanie. Jedynie promocja trzyma fason i różnymi środkami próbuje pozyskać nowych uczestników. Czy jednak lepszą zachętą do idei i polubienia bielańskiego BP na jednym z portali nie byłoby dotrzymywanie obietnic, terminowa realizacja projektów i regularna, rzetelna informacja o stanie pracy?

C.d.n.

Kontynuacja opisu moich perypetii budżetowo-partycypacyjnych niebawem.